KOBIECE SPRAWY

Historia mojego najgorszego dnia odkąd zostałam podwójną mamą…

28 października 2017

Wczesny świt, budzi mnie Lena, która właśnie sprzedała mi kopa prosto w nos bo w połowie nocy przyszła spać do naszego łóżka… Czuje się jak kompletne zombie i też tak wyglądam. Włosy jeden w tą drugi w tamtą, a trzeci stoi na czubku głowy jak antena. Patrzę na jedno oko i nim się spostrzegam zaczyna robić się jasno, budzi się nasz głodny mały ssak. Niewyspana bo przez całą noc wstawałam chyba milion razy karmię Nadię. Głodna czekam aż malutka skończy jeść, w między czasie skacze po mnie krzycząca Lena z rozkazem odmaszerowania do kuchni po mleko. Bo przecież musi być na już, a właściwie na wczoraj, taka z niej cierpliwa mała kobietka. Idę do kuchni, a tam czeka na mnie… kupa Alexa, cudownie! Ręce, cycki i co tam jeszcze może opaść opada na widok takiej niespodzianki. Ze zmęczenia nie słyszałam jak chłopak piszczy za potrzebą. Zapowiada się pełen emocji dzień! Podobno nie ma to jak dobre rozpoczęcie… Patryk w pracy więc wszystkie trudy poranka są na mojej głowie. Nadia marudzi bo chce do mamy, a Lena od 10 minut wybiera co chce na śniadanie i zmienia zdanie za każdym razem jak tylko zabieram się za szykowanie. Parówka tak, a może jednak nie, chce chleb z szynką – zaczynam szykować – jednak nie, z serem. Zaraz, moment jednak tylko z masłem. Ok – ostatecznie zje sam jogurt zaraz po tym jak kanapkę odda psu. Znowu karmię Nadie, odczuwa potrzebę bliskości więc razem z nią na rękach idę do toalety bo Lena właśnie woła, że chce siusiu. Odkładam jedną do wózka – zaczyna się płacz, pomagam Lenie usiąść na toalecie jednocześnie bujam nogą Nadie w wózku. Na sekundę odwracam wzrok od starszej by spojrzeć na młodszą, wracam uwagą do Leny, a tam papier lata po całej łazience. Znowu sprzątanie… W końcu po godzinie znajduje czas by zjeść śniadanie i wypić zimną kawę. W tym momencie ten czarny napój bogów jest moim najlepszym przyjacielem. Najmniejsza udaje się na drzemkę to matka ma czas dla siebie… i może posprzątać mieszkanie. Lena pomaga… z początku… bo zaraz po tym jak wyniosła ze mną naczynia po śniadaniu, pościeliła łóżko i ogarnęła podłogę idzie po swoje zabawki w pudłach, przynosi do salonu, dumnie mówi ,,będzie bagan” i wyrzuca wszystko na podłogę. Dobrze, że chociaż wcześniej zdążyłam umyć podłogę i mogę pójść szykować obiad. Teoretycznie bo w praktyce spędzę tam godzinę karmiąc Nadie i jednocześnie zabawiając Lenę. Gary w zlewie zalegają od rana, a obiad staje się kolacją, która smakuje mało wybornie bo zapomniałam doprawić. Natomiast ja pije kolejną zimną kawę do której kapią słone łzy zmęczenia i poirytowania… Pies piszczy, ogarniam dziewczyny i lecę na dwór – wracam zmęczona jak po biegu na 10 kilometrów. Wraca Patryk, a ja czuje się jakby nadesłali mi tabun opiekunek. Zjadam ciepły posiłek, pije ciepłą herbatę i przygotowuje się psychicznie na rundę drugą – wieczorne rytuały.

Czas start! Pierworodna w kąpieli uspokaja swoje szaleństwa i zaparza kolejną herbatkę w filiżance gotując jednocześnie ,,chacho” swojemu tacie z wody z wanny! Ja w tym czasie odpoczywam… żartuje! Dałaś się nabrać? 🙂 W rzeczywistości próbuje ogarnąć nasze M, uszykować kolacje i piżamkę dla Leny. Zmiana i do kąpieli idzie Nadia, słychać płacz bo ta młodsza z wodą jeszcze nie do końca się lubi, zdecydowanie preferuje ciepłe objęcia mamy i jej bufet. Po buncie Leny i jej ,,nie idę dziś spać i koniec” nastaje cisza. O godzinie 22 mamy spokój i możemy w końcu odpocząć od dnia do którego będę wracać jako najgorszego. Noc przyniesie ze sobą chwilę spokoju, a zaraz po tym Lenę śpiącą między nami i Nadię wołającą o jedzenie co 1,5 godziny. Tylko raz wspomniałam Wam, że w trakcie swoich zmagań potrafiłam zalewać się łzami i odnosić wrażenie, że nie potrafię ogarnąć własnego chaosu.

Uwielbiam jak dużo się dzieje w domu, uwielbiam gwar i hałas, ale tylko taki, który mówi mi o tym, że w domu panuje szczęście i radość, a krzyki są wesołe. Nie przepadam za awanturami i dramatami chociaż i z tymi muszę się mierzyć oraz radzić. Macierzyństwo to nie tylko różowe koniki czy uśmiechnięte dzieci! Oj chciałabym tak! Macierzyństwo to często dramat, pot i łzy. Po co to piszę? Żebyś nie myślała, że tylko jest pięknie i kolorowo. Żebyś nie sądziła, że na blogu koloryzuje i wmawiam,że wszystko jest łatwe, otóż mnie też spotykają gorsze momenty. Cóż, płacze i to chyba nawet zbyt często, dostaje wycisk od dzieci, bywają momenty kiedy mam dość, wolałabym wrócić do życia przed dziećmi, a po chwili nie wiem jak mogłam tak myśleć. Bycie rodzicem to ciężka robota, za parę lat wrócę jednak do tego postu ,będę się śmiać z tego i tęsknić za ,,problemami z małymi dziećmi”. Wszystko jest przejściowe,szybko mija i zostawia tylko wspomnienia pamiętasz o tym?

Spodobał Ci się mój post, zostaw komentarz! Chętnie poczytam! Jeżeli postanowisz zostać z nami na dłużej i chcesz być na bieżąco z nowościami, koniecznie polub nasz profil na Facebooku i śledź nas na Instagramie

You Might Also Like

2 komentarze

  • Reply Tynka 28 października 2017 at 12:26

    zmień czcionkę na większą bo ciężko się czyta 🙂

  • Reply Inkaa 9 grudnia 2017 at 18:49

    Oj jakie to prawdziwie, dni wszystkich mam wyglądają niemal identycznie. U mnie z ta różnica, ze nie mam psa Pozdrawiam

  • Leave a Reply