CZUJĘ I MOTYWUJĘ

Na ratunek…

10 marca 2018

Zaczyna się jesień, tuż po porodzie Nadii pojawia się pierwsze przeziębienie. Kaszel, który za nic w świecie nie chce zniknąć. Wizyty u lekarza stają się normą. Badania, skierowania, lekki stresik. Lekarze twierdzą, że to alergia. Dostajemy stos leków na tę przypadłość, które nie pomagają. Jedna infekcja przeradza się w kolejną i tak ciągle. Dziecko się męczy, rodzice też, towarzyszy nam coraz to większy stres i strach… Logiczne, w końcu każdy rodzic martwi się o swojego maluszka. Kolejne badania wykluczają alergię, za to od mądrego doktorka słyszę ,,Pani dziecko wygląda na przewlekle chore…” Co? Jak to? Ale, że moje…? Kolejne skierowania i badania wyraźnie pokazują, że Lena ma przerośnięte migdałki… To one powodują cotygodniowe infekcje, wysokie gorączki, duszący kaszel… Morze łez… Całe oceany… Ciche szlochanie w poduszkę by mała nie słyszała, że jej mama wymięka. Pół roku męczarni i niewiedzy, to właśnie ona powodowała największy strach. Gdzieś z tyłu głowy szalałam z niepokoju ,,PRZEWLEKLE CHORA…” Rodzice muszą mierzyć się z wieloma przeciwnościami losu. Kiedy choruje dziecko życie staje się inne… Trudniejsze. Trzeba zaciskać zęby, starać się zachować spokój, zdrowy rozsądek. Jest ciężko, co tu ukrywać. Dziś mój kalendarz przypomina mi o kolejnych wizytach Leny u specjalistów. Czekają nas dwa pobyty w szpitalu, w tym zabieg usunięcia owych migdałów. Niby to banał, podobno wiele dzieci się z tym boryka, ale każdy rodzić, który zmierzył się z chorym dzieckiem wie ile nerwów to kosztuje… Nasza historia jest i tak dość ,,łagodna”. Dlaczego to tutaj piszę? Przecież na tym blogu więcej było pozytywnych emocji, a teraz taki post? Otóż jestem osobą, która potrafi wczuwać się w ludzką tragedię… Wiem co czuję się w kiepskich momentach. Nasza historia to pikuś! Pewnego dnia napisała do mnie Magdalena… Osoba, która codziennie spotyka się z tragedią wielu rodzin… Nigdy nie wiemy kiedy będziemy potrzebowali pomocy… To właśnie dlatego powstał ten post – BY MÓC POMÓC!

Czy macierzyństwo to tylko uśmiechnięte, pełne energii i zadowolenia dzieci? Biegające wulkany energii, czasami małe psotniki, które w 5 minut potrafią roznieść mieszkanie?

Często wściekamy się na swoje dzieci, za to, że coś zepsuły, za to, że znowu nie słuchają, za to, że kolejną noc szaleją zamiast spać… Często brakuje nam słów i cierpliwości – nie mów, że nie… Nie uwierzę w to, że zawsze jest cudownie! Są jednak osoby, które marzą o tym by móc wściekać się na swoje dziecko. Marzą nawet o tym by móc nakrzyczeć na nie bo znowu zrobiło bałagan w całym mieszkaniu, zrobiło awanturę w sklepie lub przeskrobało coś innego… Są osoby, które oddałyby swoje serce by mieć ,,tylko takie problemy…”.

FUNDACJA NA RATUNEK…/KLIKNIJ BY PRZEJŚĆ Pomagająca Dzieciom z Chorobą Nowotworową, która od ponad 20 lat wspiera pacjentów wrocławskiej Kliniki Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej. Z wielką przyjemnością przyjęłam zaproszenie Magdy i postanowiłam zostać ich ambasadorem i pomóc, chociaż zza swojego laptopa pisząc ten post z prośbą do Was oraz oddając swój 1% podatku bo wierzę w cuda i w dobre serca ludzi!

Środki pozyskiwane na działalność Fundacji pozwalają na zakup dla nich leków i protez, opłacenie rehabilitacji oraz wyjazdów na leczenie do ośrodków znajdujących się zagranicą. Jednym ze źródeł pozyskiwanych środków jest akcja Przekaż 1% podatku . I właśnie z taką formą pomocy zgłaszam się dziś do Was… Ten 1% podatku to teoretycznie niewiele… Jednak dla takich fundacji jak ta, to ogromna pomoc i wsparcie. Spędziłam wiele czasu czytając historię małych bohaterów, czasami mam wrażenie, że życie kopie mnie w tyłek, ale nie… Dla mnie życie jest łaskawe, a ja sama nie jestem twarda tylko słaba… Prawdziwymi twardzielami są te dzieci i ich bliscy!  Dzieciaki codziennie walczące z największym wrogiem – chorobą nowotworową !

Poznajcie jedną historii, która tak bardzo porusza…

,,Wojtusia uratowała czujność lekarki pierwszego kontaktu i przeszczep szpiku. Maleńki chłopiec miał pięć miesięcy, gdy szpital stał się jego drugim domem, a życie zawisło na włosku.  Dziś powoli wraca do zdrowia, ale nadal potrzebuje wsparcia.

Wojtuś Twardochleb nie ma jeszcze półtora roku, a szpital zna lepiej niż swój dom. I wszyscy w szpitalu znają też doskonale Wojtka. Śmieją się, że po korytarzu drepcze Mały Budda. Wiecznie zadowolony. Łagodny i zawsze spokojny. Taki Wojtuś, do którego oko puszczają pielęgniarki, a i lekarzy coś kusi, żeby połaskotać go pod bródką. Bo Wojtuś swoją nadzwyczajną pogodą ducha zjednuje sobie wszystkich wokół. Dziś chłopczyk powoli wraca do zdrowia, ale patrząc na niego, nikt by nie przypuszczał, że przeszedł więcej niż niejeden dorosły.

Życie stanęło na głowie

Wszystko zaczęło się, gdy rodzice postanowili, że wyprowadzają się z Wrocławia i wracają do rodzinnego Dzierżoniowa. Do babć i dziadków, dla których maleńki Wojtuś był pierwszym i jedynym wnuczkiem. Rodzice postawili wszystko na jedną kartę, spakowali całe życie i przenieśli się bliżej rodziny. Nie wiedzieli wtedy jeszcze, że może tą decyzją uratowali życie ukochanemu synkowi.

– Gdy przeprowadziliśmy, uznałam, że warto zapoznać się z nową lekarką i przychodnią, do której będziemy teraz chodzić z Wojtusiem. Nie działo się nic groźnego. Ot, standardowa wizyta. Pediatrę od razu zaniepokoiło to, że synek był blady. Zleciła badania – wspomina mama chłopca, Ola Twardochleb.

Już pierwsza morfologia pokazała, że dzieje się coś złego. Bardzo niska hemoglobina – 7,7 i błyskawiczna decyzja o tym, że Wojtuś musi trafić do szpitala. Najpierw był to zwykły powiatowy szpital w Świdnicy. Tam przez dwa tygodnie lekarze próbowali ustalić, co dolega chłopcu. Podejrzewali zapalenie pęcherza. Kolejną morfologię zrobili po tygodniu. I wtedy okazało się, że hemoglobina spadła do krytycznego poziomu 5,1. Życie Wojtka zawisło na włosku.

– W Świdnicy nic nam nawet nie powiedzieli, nawet nie zająknęli się o tak dramatycznych wynikach. Po prostu wsadzili nas do karetki i wysłali prosto do Przylądka Nadziei – opowiada ze łzami w oczach pani Ola.

Nowe życie w Przylądku

Gdy przyjechali do wrocławskiej kliniki ruszyła lawina badań. Specjaliści błyskawicznie domyślili się, co może dolegać chłopcu, a badania potwierdziły ich przypuszczenia. U małego Wojtka zdiagnozowali Zespół Blackfana-Diamonda, czyli wrodzoną niedokrwistość. Choroba polega na tym, że szpik nie produkuje czerwonych krwinek. Jedyną szansą na przeżycie chłopca było ciągłe przetaczanie krwi. Co miesiąc, ale i czasem częściej musiał stawiać się z mamą do szpitala.

– W pewnym momencie straciłam nawet rachubę, ile było tych przetoczeń krwi. 14? Może 16? – wspomina mama. Jednak przetaczanie krwi dawało szansę na życie, ale nie było sposobem na wyleczenie chłopca. Tu w grę wchodziło długotrwałe i bardzo inwazyjne leczenie sterydami, albo przeszczep szpiku. Lekarze wybrali tą drugą metodę. Zaczęło się poszukiwanie dawcy szpiku. Na szczęście okazało się, że dla Wojtusia znalazł się genetyczny bliźniak, który oddał mu szpik i tym samym uratował życie.

– Nie wiemy, kim jest człowiek, który uratował naszego synka. Wiemy jedynie, że pochodzi z Dusseldorfu i że przeszedł operację nosa – śmieje się pani Ola. Skąd wiedzą o operacji dawcy? A stąd, że przeszczep miał być już w grudniu, ale właśnie wtedy nasz dawca miał zaplanowaną operację nosa. – Chciał oczywiście zrezygnować z zabiegu, ale lekarze powiedzieli, że Wojtuś może poczekać do stycznia. Więc nie pokrzyżowaliśmy mu planów – uśmiecha się pani Ola.

Drugie życie na prezent

Przygotowania do transplantacji były wyczerpujące, bo trzeba było zniszczyć  stary szpik, żeby wprowadzić komórki od dawcy z Niemiec. Całkowicie pozbawiony odporności chłopiec został zamknięty w izolatce. Przeszczep odbył się na początku stycznia. Przez wiele tygodni rodzice zmieniali się w opiece nad synkiem. Dziś najgorsze jest już za nimi.

– Lekarze mówią, że szpik pracuje na medal. Produkuje czerwone krwinki i Wojtek wraca do zdrowia – opowiada z radością mama.

Wojtuś ma już za sobą najcięższą walkę. Walkę o swoje życie. Ale teraz, przez najbliższe dwa lata będzie wymagał jeszcze bardzo częstych i skrupulatnych wizyt w Przylądku Nadziei. Dokładne badania mają kontrolować, czy nowy szpik pracuje i czy nie ma żadnych powikłań.

– Ale teraz to już jesteśmy dobrej myśli. Wierzymy, że wszystko to, co najtrudniejsze jest już za nami. Teraz w końcu Wojtuś będzie miał czas żeby nacieszyć się babciami, a babcie nim – śmieje się mama Wojtusia. – Dawca szpiku podarował nam najpiękniejszy prezent, jaki mogli byśmy sobie wymarzyć. Zdrowie dla naszego synka!”

To jedna z historii małego bohatera, który wygrał życie… Możemy pomóc tym wojownikom przekazując swój 1% PODATKU/KLIK. KOCHANI liczę na Was! W imieniu Fundacji proszę o pomoc!

You Might Also Like